Miłość, egzaminy i... rewolwer. Zabójstwo, eutanazja czy samobójstwo?

Michał Hudzik, dr, adiunkt, Akademia Leona Koźmińskiego; członek Biura Studiów i Analiz, Izba Karna, Sąd Najwyższy (Warszawa)

e.Palestra 2017, poz. 18/A
A+ A-
 

e.Palestra 2017, poz. 18/A

[data publikacji: 19.12.2017]

 

 

Michał Hudzik**

 

Miłość, egzaminy i... rewolwer.

Zabójstwo, eutanazja* czy samobójstwo?

 

 

 

Czuwa, panowie Sędziowie, w tej sprawie oskarżyciel bardziej, niż ja surowy, sędzia, bardziej, niż Wy, badawczy i nieubłagany... Jest nim matka nieżyjącego Gablera. Ona nie zgadza się z przewodnią myślą i z wnioskiem tego urzędowego dokumentu, jakim jest akt oskarżenia. Ona nie może pogodzić się z tem, ażeby jej syn zezwolił na zadanie mu śmierci, aby prosił o nią, aby był samobójcą… Dla niej jest on jedynie ofiarą. Ona żąda, aby Smoleńskiego skazano, jako zabójcę jej syna. Nie dlatego, aby serce jej skamieniało i było bez przebaczenia, bez litości, nie dlatego, aby myśl jej obłąkało pragnienie zemsty… Ale, panowie Sędziowie, ona nie może pojąć, co się stało. Nie może zrozumieć, dlaczego za skarby matczynego uczucia, matczynych trosk i poświęceń zapłacono jej bez miłosierdzia, okrutnym groszem ołowianej kuli. Ona nie chce uwierzyć, aby syn porzucił ją z własnej woli, aby mógł odejść od niej bez słowa pożegnania, bez znaku pamięci… Przenika w głąb ziemi, puka w trumnę ukochanego dziecka, idzie w jego ślad, w zaświaty, jej rozpaczliwe pytanie: «Coś ty uczynił matce, coś ty uczynił?»… Odpowiedź na to pytanie musi otrzymać od nas1. Tymi oto słowy oskarżyciel publiczny, prokurator Sądu Okręgowego w Warszawie, rozpoczynał ponad 90 lat temu swoją mowę końcową w sprawie, która z wielu powodów tuzinkowa nie była, w sprawie, która – choć głośna[2] – nie dorastała zainteresowaniem opinii publicznej do najgłośniejszych przedwojennych procesów sądowych. Wzmianki o niej pojawiały się w prasie codziennej, a sprawozdawcy sądowi w dość dużych szczegółach opisywali przebieg rozprawy sądowej i zdarzenia, które było przedmiotem relacji oskarżonego i świadków.

Sala rozpraw w tym procesie stała się areną walki znamienitych prawników, prawdziwych tytanów; po stronie oskarżenia występował prokurator Kazimierz Rudnicki[3], togę obrończą przywdział adwokat Eugeniusz Śmiarowski[4], a jako reprezentant powoda cywilnego działał „złotousty” adwokat Stanisław Szurlej rozprawie przewodniczył z kolei ówczesny Wiceprezes Sądu Okręgowego w Warszawie sędzia Jan Gumiński[6]. W skład kompletu sędziowskiego wchodzili także sędziowie Rykaczewski i Koralewski[7].

Choć sprawa ta dotyczyła niezwykle ciekawego zagadnienia, tak z punktu widzenia prawa karnego, jak i psychologii, trudno doszukać się w literaturze naukowej rozważań jej dotyczących[8].

Dnia 18 października 1923 r. czasopismo „Robotnik”, w rubryce Wypadki, donosiło: „Zgon postrzelonego studenta. 20-letni Bohdan Gabler, student politechniki warszawskiej, który onegdaj został postrzelony przez kolegę swego, Dyonizego Smoleńskiego, zmarł wczoraj w południe w szpitalu św. Rocha”. Z kolei „Dziennik Poznański”[9], pod alarmującym tytułem Wstrząsająca tragedja dwuch studentów [pisownia oryginalna zachowana – uwaga M.H.], wieścił: „Zaczynają się dziać rzeczy straszne. To, co zaszło onegdaj w Warszawie (…) jest czemś nietylko w największym stopniu zatrważającem, ale zaiste – ścinającem krew w żyłach. Stajemy w obliczu niebezpieczeństwa, podważającego wiarę w cel życia”. Wtórowały mu „Orędownik Ostrowski”[10], „Lech. Gazeta Gnieźnieńska”[11] oraz „Orędownik Wrzesiński”[12], stwierdzając: „Okropny ten wypadek robi wrażenie jakiegoś koszmaru. Na zimno, spokojnie, odbierają sobie życie młodzi ludzie, przyszłość i nadzieja narodu”.

Co zatem się wydarzyło?[13] Dnia 16 października 1923 r. niewielki pokój w mieszkaniu Marii Czachowskiej-Tryjarskiej przy ul. Zgody 6 w Warszawie był świadkiem zdarzenia niecodziennego. Pokój ten wynajmowany był przez Bohdana[14] Gablera, studenta drugiego roku w Politechnice Warszawskiej. Jego najbliższym kolegą, przyjacielem, był Dionizy[15] Smoleński, który razem z nim studiował; obaj zresztą pochodzili z Łodzi. Smoleński, choć zamieszkiwał na stałe przy ul. Kruczej 10, często odwiedzał Gablera, stale przebywali ze sobą[16]. Feralnego wtorku, około godziny 15, obaj studenci udali się z Politechniki do restauracji „Express”[17], gdzie zjedli obiad, po czym poszli do mieszkania Gablera, aby wspólnie uczyć się do zbliżających się ostatnich egzaminów półdyplomowych. Rozmawiali o tym, że są słabo przygotowani i mogą nie otrzymać świadectw, a także o ogólnych niepowodzeniach życiowych oraz rozczarowaniach wynikających z ich relacji z bliskimi i narzeczonymi. Z przeprowadzonych przed sądem dowodów wynikało, że Gabler, wychowywany przez matkę, z którą łączyły go bardzo silne więzy emocjonalne, był materialnie zabezpieczony; w Łodzi miał narzeczoną – Helenę Hercównę. Choć matka Gablera była temu związkowi niechętna, on sam traktował go bardzo poważnie, i to pomimo tego, że między narzeczonymi często dochodziło do nieporozumień. Ich źródłem była różnica charakterów, niekiedy okazywana przez Gablera zazdrość, a także oschłość, z jaką Helena potrafiła go traktować (przykładem tej ostatniej było chociażby zdarzenie z początku października, kiedy to zmarła babka Gablera i po jej pogrzebie w Łodzi narzeczona nie chciała nawet Gablera odprowadzić na pociąg do Warszawy)[18]. Z kolei Smoleński borykał się z trudnościami pieniężnymi. Także jego związek z narzeczoną nie odpowiadał jego rodzicom. Chciał żenić się z Eugenią Borowską, rodzice jednak kazali wybierać mu między studiami i małżeństwem.

W końcu obaj uznali, że nie warto tak dalej żyć, i postanowili popełnić samobójstwo[19]. Wtedy Gabler wyciągnął, przechowywany w koszu na bieliznę, a znaleziony wiosną w budynku Politechniki, rewolwer[20] i poprosił Smoleńskiego, by ten do niego strzelił. U przyczyn takiej postawy dopatrywano się później wrażliwości Gablera i jego religijności, z powodu której nie chciał nikogo zabijać. Obawiali się także – gdyby każdy z nich samodzielnie miał się targnąć na życie – że samobójca strzelający do samego siebie jako pierwszy mógłby tak silnie zacisnąć rewolwer w dłoni, iżby drugi z nich nie był w stanie wyjąć go z ręki i strzelić do siebie[21].

Dionizy Smoleński początkowo w ogóle nie chciał używać broni palnej – nie miał odwagi, żeby strzelać do siebie czy do swojego kolegi. Gabler jednak nie odpuszczał i zaczął jeszcze bardziej przekonywać do samobójstwa. W końcu Smoleński uległ naleganiom. Najpierw miał oddać strzał do Gablera, a następnie do samego siebie. Zanim jednak przystąpili do wykonania planu, napisali listy pożegnalne, które zabezpieczone zostały w toku śledztwa w małym pokoiku, w którym rozegrała się podwójna tragedia[22]. Zostały one nakreślone ołówkiem na niewielkim arkuszu papieru. D. Smoleński pisał „Niuśko! Więcej ci zrobiłem przykrości, niż dałem chwil szczęśliwych, wybacz mi zatem ryczałtowo wszystko wraz z ostatnim moim czynem na tej planecie. Bądź szczęśliwą i zapomnij, twój Dyziek”. Poniżej Gabler ołówkiem dopisał: „Załączam ucałowania rączek B. Gabler”. Na okładce jednej z książek D. Smoleński zapisał kilka rozporządzeń o książkach i pieniądzach, dodając: „zabijam Bohdana, potem siebie, jego z własnej chęci”. Pod tekstem tym widniały dwa podpisy obu studentów. Następnie obaj zamieścili tam także pożegnania. Wykonane w sprawie badania porównawcze pisma ręcznego[23] dowiodły, że teksty te, w odpowiednich ich częściach, były nakreślone przez Bohdana Gablera i Dionizego Smoleńskiego.

Po sporządzeniu pożegnań Smoleński wziął rewolwer w dłoń, wymierzył w stronę Gablera i nacisnął spust. Rozległ się huk. Pocisk bez problemu dosięgnął Gablera, jednak – jak miało się okazać – nie był śmiertelny. Teraz Smoleński, zgodnie z wcześniejszymi uzgodnieniami, wycelował broń w swoje serce i oddał strzał. Ten jednak nie przyniósł oczekiwanego rezultatu (kula przebiła płuco)[24]. Smoleński wymierzył więc rewolwer jeszcze raz do siebie, kierując tym razem lufę w stronę głowy. Gdy zamierzał pociągnąć za cyngiel, jeszcze żywy Gabler potrącił jego rękę[25], co spowodowało, że kula tylko drasnęła strzelca, a raniła poważnie w okolicach wątroby samego Gablera. Smoleński wtedy po raz trzeci postanowił podjąć próbę zakończenia własnego życia, ale rewolwer się zaciął i nie mógł już z niego oddać żadnego strzału. 

Była godzina między 16 a 17. Do pokoju najmowanego przez Gablera wbiegła, zaniepokojona odgłosem dziwnych huków, właścicielka mieszkania, a niedługo po niej przybył zaalarmowany posterunkowy Lewandowski. Po chwili zjawiło się pogotowie ratunkowe, które obu młodych studentów zabrało do szpitala św. Rocha[26]. W szpitalu Gabler i Smoleński leżeli obok siebie na jednej sali. Prosili lekarzy, by ich nie rozłączano. Rozmawiali ze sobą spokojnie i przytomnie. Wobec konieczności poddania Gablera operacji, obu rozdzielono i nie mieli już ze sobą więcej kontaktu. Także wtedy dopytywali jednak personel o stan zdrowia kolegi.

Po przeprowadzonej operacji Gabler był przytomny i został przesłuchany przez przewodnika[27] Mazurka. Zeznał, że obaj z kolegą uznali, że nie warto żyć, i postanowili się zabić. Gabler przyznał, że to on pokazał Smoleńskiemu rewolwer i zaproponował, by to kolega strzelił do niego, a następnie sam się zabił. Przekonywał Smoleńskiego tak długo, aż ten zgodził się na taki plan. Potem przygotowali listy pożegnalne i następnie przystąpili do wykonania „zbrodniczego” zamiaru. Gabler przyznał, że po tym, jak Smoleński strzelił do niego, oddał strzał do siebie, który jednak nie był śmiertelny. W tym czasie, kiedy Smoleński próbował strzelić drugi raz, Gabler, chcąc koledze podziękować za pierwszy strzał, trącił go w rękę, co spowodowało, że nabój przeznaczony dla Smoleńskiego ugodził Gablera. Przesłuchany Smoleński potwierdził te zeznania, dodając, że z powodu działania Gablera trzeci wystrzał drasnął Smoleńskiego tylko w brodę, a kula utkwiła Gablerowi w okolicy brzucha.

Dnia 17 października 1923 r., o godzinie 14, Bohdan Gabler zmarł. Kiedy Dionizy Smoleński dowiedział się o tym, zaczął rozpaczać, przez dłuższy czas był przygnębiony i nie przyjmował pokarmów.

Rozprawa przed Sądem Okręgowym w Warszawie odbyła się w dniu 13 marca 1925 r.

            Oskarżyciel w mowie końcowej dopatrywał się w okolicznościach tej sprawy fatalnego przypadku, który ostatecznie sprawił, że dwaj młodzi mężczyźni targnęli się na własne życie, z tym że zamiar Gablera został wykonany ręką Smoleńskiego. „Tym razem przypadek był niepomyślny, ułatwiający wcielenie pełnych rozgoryczenia poglądów w czyn. Przypadkiem tym było znalezienie przez Gablera w Politechnice rewolweru, który wrzucony do walizki, leżał tuż, pod ręką, niezawodny, jakby wówczas powiedzieli obadwaj, przyjaciel, a jak my dziś możemy powiedzieć – chytry, podstępny wróg. Przypomnienie o nim wplątało się w ten wir myśli i czuć, idący w tak zawrotnym tempie. Nikt nie przyszedł, nikt nie skierował myśli na inny tor, żadne echo czyichś kochanych słów nie odezwało się w ich sercach, nie rzuciło promienia w chwilowo zgęszczony mrok ich uczuć. Wśliznął się w rękę rzucony przez jakiś fatalny los martwy przedmiot, obiecujący spokój. Nie zdążyli spojrzeć w tę głębię, której dna nikt jeszcze nie widział i która dlatego tak nas przeraża, w obłąkanym pośpiechu niszczyli wąską ścieżkę życia – i oto jeden z nich bezpowrotnie zsunął się w przepaść[28]. Zdaniem prokuratora przyczyn decyzji o samobójstwie nie można było poszukiwać gdzie indziej, jak tylko w młodzieńczym weltschmerzu. Nie miała nią być śmierć babki Gablera, którą choć kochał, nie była dla niego osobą tak bliską, jak matka, czy też obawa przed egzaminami (co do których, jak twierdziło oskarżenie, perspektywy miałyby być dość pomyślne), a nawet niefortunne narzeczeństwo z dziewczyną, która nie odpowiadała uczuciowej naturze Gablera. Takich przyczyn prokurator K. Rudnicki nie odnajdował również w życiu Smoleńskiego. „Życie ich obydwóch nie płynęło, zapewne, w warunkach szczególnie radosnych – mówił – ale też nie było w niem nic tragicznego; nie wiemy, aby przeżyli jakieś katastrofy, nie znali nędzy, nie dotknęły ich zawody i rozczarowania podrywające wiarę we wszystko, pędzili spokojne studenckie życie[29]. Smoleńskiego miało obciążać to, że jako osoba bardziej trzeźwo patrząca na świat i niepodchodząca tak emocjonalnie do życia jak Gabler, mógł łatwiej opanować swoje myśli i przy tym odwieść swojego kolegę od zamiaru samobójczego, tak zresztą, jak uczynił to już kiedyś wcześniej w Łodzi. Choć w toku postępowania nie zdołano ustalić, od kogo jako pierwszego wyszła myśl samobójcza, to oskarżenie przekonywało jednak: „Kto wie, może istotnie słowo «śmierć» pierwszy wymówił Gabler… Czyż to jednak usuwa, albo zmniejsza odpowiedzialność Smoleńskiego? My przecież nie sądzimy go za udział we wspólnem samobójstwie, lecz za zabójstwo, wprawdzie łagodnie karane, możnaby powiedzieć – uprzywilejowane, ale jednak zawsze za zabójstwo, za pozbawienie życia[30]. Odwołując się do głośnej wówczas sprawy Stanisławy Umińskiej, której szczęśliwy dla oskarżonej finał miał miejsce w paryskiej sali rozpraw na niewiele ponad miesiąc przed rozprawą Smoleńskiego[31], prokurator Rudnicki wywodził: „W głośnym procesie paryskim, pokrewnym dzisiejszemu procesowi, oskarżyciel uznał za możliwe, jeśli nie formalnie, to faktycznie zrzec się oskarżenia, wskazać sądowi przysięgłych drogę przebaczenia. Ja tego zrobić nie mogę – oświadczył. Tam cierpienie zmarłego było rzeczywiście niedozniesienia. Tam litościwy strzał skracał męki, oszczędzał skazanemu na rychłą śmierć godzin nieludzkiego bólu, tam kochająca kobieta musiała przełamać siebie, aby zabijać życie, które ukochała, tam rozpaczliwy czyn nastąpił pomimo ciężkich walk i zmagań ze sobą. Tutaj mamy do czynienia z lekkomyślnym, obiektywnie bezpodstawnym, społecznie nagannym, prawnie karalnym, krokiem dwóch przewrażliwionych chłopców którzy powinni byli pamiętać o tem, że z życia swego, jeszcze zapewne długiego, nie zdali rachunku przed społeczeństwem[32].

Dostrzegając odmienność sytuacji, w których znaleźli się Umińska i Smoleński, diametralną różnicę przyczyn żądania zabicia oraz powodów, dla których każde z nich postanowiło zadać śmierć, oskarżyciel przekonywał: „Prawodawca wie, iż bywają sytuacje wprost beznadziejne, wie, iż ludzie w tych wypadkach często zwracają się o ratunek do śmierci, zna to zło, stare, jak ród ludzki, ale karze czynną pomoc przy samobójstwie, karze zadanie śmierci chociażby pragnącemu jej i godnemu najwyższego współczucia nieszczęśnikowi. Karze łagodnie, niehańbiącą karą twierdzy, a Wam, Panowie Sędziowie, pozostawia wymiar kary. Wymiar ten musi być jednak, myślę, uzależniony od faktu, czy uznacie zabójstwo takie, jako usprawiedliwiony, ludzki, miłosierny wyraz współczucia, czy też jako lekkomyślny, niezrównoważony, histeryczny odruch[33]. Kończąc swoje wystąpienie, prokurator odniósł się również do faktu próby samobójczej samego oskarżonego i jej ewentualnego wpływu na treść mającego zapaść orzeczenia. „Smoleńskiemu można przyznać tylko jedno: lojalność względem zmarłego. Nie cofnął się przed śmiercią; zadał ją sobie tak, jak ją zadawał przyjacielowi. To pozwala nam nie żywić do niego uczucia pogardy. Jest to jednak zbyt mało, aby uznać, kara ma być dla niego karą formalną, jedynie czemś w rodzaju moralnego potępienia, czy bodaj tylko upomnienia. Nic nie pozwala zapomnieć, że Smoleński pozbawił społeczeństwo jednostki, zdolnej do szlachetnych porywów i ofiarnych czynów, że pozbawił matkę jedynego, ukochanego syna i że uczynił to w przestępny, lekkomyślny sposób. Złą, szkodliwą, bezpodstawną była jego litość nad Gablerem. Bezpodstawnem, szkodliwem, złem byłoby wasze dla niego pobłażanie[34].

Ze skrótowo przedstawionych w prasie argumentów adw. Szurleja wynika, że powódka cywilna stała na stanowisku, iż w sprawie było zbyt mało dowodów, iż oskarżony miał działać z polecenia Gablera. W tych okolicznościach decyzja o samobójstwie byłaby zbyt pochopna i zbyt mało było powodów do litości. Nade wszystko, jak podkreślono, młody Gabler, gdyby rzeczywiście chciał umrzeć, napisałby list do ukochanej matki, którego jednak nie zostawił. Podawano również w wątpliwość to, czy Smoleński rzeczywiście chciał popełnić samobójstwo, co spotkało się ze stanowczym protestem obrony[35]. W swoim wystąpieniu mec. Szurlej zwrócił także uwagę na to, że czyn ten mógł spowodować to, że znajdzie w społeczeństwie swoich naśladowców, i stąd wymagać miał najostrzejszej reakcji – skazania za zabójstwo pod wpływem silnego wzburzenia (z art. 458 k.k. z 1903 r.), a nie zabójstwo z litości[36].

Gdyby kula, którą w pierś swoją posłał oskarżony Smoleński, nie zboczyła przypadkowo o jeden centymetr od nadanego jej kierunku, wtedy nie ulega wątpliwości nie powstałyby te zagadnienia, nad któremi w dzisiejszej rozprawie wspólnie się zastanawiamy. (…) Fakt ten [samobójstwa dwóch młodych ludzi – dop. M.H.] byłby rozważany tylko jako jedna nierozdzielna i nierozłączna całość, obejmująca obie ofiary i nie dająca powodu do jakiegośkolwiek rozróżniania w ocenie obydwóch żałosnych bohaterów wstrząsającego dramatu” – tak rozpoczynał swoją mowę obrończą adw. Eugeniusz Śmiarowski. Swoją linię obrony, zręcznymi wywodami obrońcy, Smoleński konstruował wokół koncepcji wspólnego (podwójnego) samobójstwa – jednego czynu, będącego wynikiem jednego, wspólnego zamiaru, podjętego przez dwóch młodych ludzi. „Nikomu by nie przyszło do głowy traktować Gablera i Smoleńskiego inaczej, jak dwie równorzędne ofiary jednego i tego samego splotu fatalnych przyczyn, nikomu by nie przyszło do głowy, aby pomiędzy tymi dwoma chłopcami zjednoczonymi w jednem postanowieniu i w jednym następnie czynie, i postanowieniem tym i tym czynem jednakowo świadczącymi o istnieniu choroby społecznej, którą obaj jednakowo zostali zarażeni, dopatrywać się różnicy motywów i udziału, aby ich, tragicznych wspólników fatalnej decyzji, dzielić na winnego i niewinnego, na zbrodniarza i ofiarę[37]. Kilkukrotnie obrona podkreślała, że Smoleński sam siebie skazał na śmierć i sam wobec siebie wyrok śmierci wykonał: „Osobliwy, to trzeba od razu powiedzieć, przestępca. Przestępca, który jest jednocześnie dla siebie sędzią, najsurowszym sędzią, o wiele surowszym niż może stać się dlań Sąd, o wiele surowszym nawet, aniżeli matka Gablera, o której sędziowskiej surowości tak pięknie mówił pan prokurator. Sąd może skazać Smoleńskiego najwyżej na 3 lata twierdzy, matka Gablera przez usta powoda cywilnego, bez żadnej możności uwzględnienia tego życzenia, może domagać się kilku lat ciężkiego więzienia, Smoleński sam skazał się na śmierć. Był swoim najsurowszym sędzią, więcej – był wykonawcą i to potrójnym swojego własnego wyroku, był trzykrotnie swoim własnym katem[38]. Adw. E. Śmiarowski dowodził, że tylko przypadek miał sprawić, że ostatecznie „wyrok śmierci” nie został wykonany, tylko splot okoliczności feralnego popołudnia spowodował, że młody Smoleński przed sądem występuje jako zabójca, a nie samobójca, który razem ze swoim kolegą żadnym sądom ludzkim podlegać by nie mógł. „I oto Smoleński, skazany przez siebie samego na śmierć, zostaje przez los ułaskawiony. Ułaskawiony, powiedzmy tak, jak ułaskawia Głowa Państwa, na dożywotnie ciężkie roboty (…) bo czemże jest jego życie obecne, bo czyż cień zabitego Gablera nie pójdzie za nim i czyż nie będzie zawsze do końca życia tą męczącą zmorą, która każdą chwilę zatruje, każdy uśmiech zamroczy, każdy moment dobry zaprawi goryczą, smutkiem i żalem[39].

Poszukując odpowiedzi na pytanie, dlaczego dwaj młodzi ludzie podjęli decyzję o zakończeniu ich życia, również obrońca wskazywał, że prawdziwe powody takiego postanowienia woli są nieznane, a przynajmniej – nieoczywiste. Tak jak urząd prokuratorski, tak i adw. E. Śmiarowski bagatelizował problemy miłosne i ciężary studiowania. „Zawód miłosny – mówił – ach, jak się ma lat dwadzieścia jeden, to zawody miłosne nieodłączne są od życia, ale przechodzi się przez nie i idzie się dalej w bujne życie. Przepracowanie egzaminacyjne, – ależ wszyscy, jako uczniowie i studenci przechodziliśmy przez tę egzaminacyjną gorączkę wielokrotnie, i myśl o samobójstwie się nie zjawiała[40]. I dodawał: „Nie szukajmy banalnych przyczyn, skonstatujmy tajemnicę, której nikt nam już nie rozwiąże, gdyż Gabler zabrał ją ze sobą do grobu, a Smoleński powstały z martwych, po niesłychanym wstrząsie moralnym, też pewnie nie potrafiłby dzisiaj odtworzyć swych dawnych procesów duchowych i dać nam rozwiązanie sprawy, która dla niego dzisiaj również, jak dla nas stanowi zagadnienie tajemnicze i bolesne[41].

Dla wyjaśnienia ról Gablera i Smoleńskiego w tym samobójczym przedsięwzięciu obrońca odwołał się, cytując jej obszerne fragmenty, do pracy znanego włoskiego kryminologa Scipiona Sighelego Le Crime a deux, w której dokonano analizy psychologicznej przestępstw dokonanych przez związek dwóch osób. „[C]echą wszystkim (…) związkom wspólną – powiadał adwokat Śmiarowski – jest to, że wszystkie oparte są na sugestii, że w każdym takim związku (…) jest podział ról, stanowisk, podział psychicznych sytuacji wzajemnych. W każdym związku jest sugestjonujący i sugestjonowany, jeden, który narzuca swoją wolę i drugi, który się biernie tej woli silniejszej poddaje[42]. Obrona zwracała jednak uwagę na to, że wbrew temu, co miałoby wynikać z sugestii obu oskarżycieli, Gabler nie był w relacji ze Smoleńskim jednostką słabszą. Podkreślano, powołując się na dalsze wywody Sighelego dotyczące podwójnego samobójstwa dwojga kochanków, że jest „dalszy podział. Bo oto wykonanie należy do słabszego. Podział ról polega na tem, że jest (…) myśl, która daje inicjatywę i ramię, które wykonywuje (…). Wola silniejsza, kiedy już narzuciła się woli słabszej, kiedy ją pochłonęła i uczyniła sobie powolną, kiedy doprowadziła do decyzji, przełamała wątpliwości i wahania – cofa się przed wykonaniem i wykonanie bierze na siebie wola słabsza; jej ono zawsze przypada w udziale[43]. Potwierdzenia tej teorii adw. E. Śmiarowski poszukiwał w okolicznościach tej sprawy, wskazując zarówno na to, że Gabler już wcześniej mówił o odebraniu sobie życia, jak i na jego przedśmiertne zeznania. To w nich Gabler przyznawał, że: „W tej chwili powziąłem zamiar odebrania sobie życia, a ponieważ Smoleński przyszedł do tego samego wniosku, postanowiliśmy uczynić to wspólnie” oraz „W pierwszej chwili zaproponowałem Smoleńskiemu, by mnie zastrzelił, a później siebie; Smoleński kategorycznie odmówił, mówiąc, że może zastrzelić tylko siebie, po pewnym czasie uległ moim namowom[44].

W dalszych wywodach nacisk położono na to, co rozpoczynało mowę obrończą, a mianowicie kwestię podwójnego samobójstwa. „To nie jest zabójstwo i samobójstwo – mówił Eugeniusz Śmiarowski – to jest podwójne samobójstwo wykonane technicznie w ten sposób, że wspólne postanowienie, wspólny zamiar, wspólną decyzję wykonywał Smoleński, najpierw na towarzyszu zgodnie z jego wolą i zgodą, a raczej, zgodnie z obopólną umową, a potem na sobie[45]. Następnie, podając różne przykłady wspólnego samobójstwa (przez zaczadzenie, otrucie, wysadzenie się w powietrze), argumentował, że sposób wykonania wspólnego planu pozostaje bez znaczenia dla oceny tego, że mamy do czynienia z jednym podwójnym samobójstwem. Obrońca pytał: „Czyż takie, czy inne techniczne wykonanie planu ma jakiekolwiek znaczenie, czy ono w jakiejkolwiek bądź mierze może zmienić istotę czynu, jego moralną wartość, jego stosunek do formułek kodeksowych?”, oraz udzielał zaraz sobie samemu odpowiedzi: „Technika, sposób wykonania, są to okoliczności przypadkowe i nieistotne. Istotnym dla skonstruowania odpowiedzialności karnej jest zamiar, wewnętrzna strona czynu, jest to, do czego skierowana była wola sprawcy. Nie ulega wątpliwości, że w danym wypadku ta wola jedna, jak druga i ta silniejsza i ta słabsza, były skierowane na spełnienie wspólnego samobójstwa[46].

W pełnych emocji słowach adw. E. Śmiarowski, do końca opowiadając się za koncepcją wspólnie pomyślanego i wykonanego samobójstwa, tak kończył swoją mowę: „I oto, Panowie Sędziowie, – wszystkie drogi doprowadzają do jednego wniosku. Zdrowy instynkt, ludzkie poczucie sprawiedliwości, nie pozwala nam wymierzać kary temu, który sam skazał się na śmierć, sam ten wyrok na sobie wykonał i tylko przypadkowo ocalał, na swoje szczęście albo nieszczęście. (...) Ze wszystkich stron, z jakichbyśmy rozpatrywali tę sprawę, zawsze jeden i ten sam nasunie się wniosek. Kara byłaby niesprawiedliwą, byłaby zbędną, wreszcie byłaby nieprawną. I zdaje mi się, że w wyniku wszystkich tych rozważań, mogę śmiało z całem poczuciem słuszności zwrócić się do Was z prośbą o zupełne uniewinnienie oskarżonego[47].

Po latach sumienie oskarżycielskie nakazało wyznać: „W świetnie argumentowanej, opartej na dziele Sighelego «Le crime a deux» – obronie, Śmiarowski przeprowadził przekonywająco tezę, że G. i S. popełnili wspólne samobójstwo zakończone śmiercią jednego a wyzdrowieniem drugiego”. Ze szczerością, właściwą chyba tylko wspomnieniom prokuratorskim, Kazimierz Rudnicki przyznawał: „Uznałem się za zwyciężonego. Obrońca przekonał prokuratora, ale nie przekonał sądu...[48]. Do końca rozprawy sądowej urząd prokuratorski obstawał jednak niezłomnie przy postawionym w akcie oskarżenia zarzucie zabójstwa z litości.

Oskarżony Smoleński, zapytany, co ma do powiedzenia w ostatnim słowie, milczał[49].

Po zakończeniu wszystkich wystąpień sąd udał się na naradę, która – choć sprawa może nie była skomplikowana pod względem faktycznym i dowodowym, przedstawiała jednak pewien problem z punktu widzenia prawa karnego materialnego – miała trwać zaledwie 20 minut[50].

Sąd Okręgowy w Warszawie, wyrokiem z dnia 13 marca 1925 r., uznał oskarżonego D. Smoleńskiego za winnego popełnienia zarzucanego mu aktem oskarżenia czynu, a więc zabójstwa z litości, i wymierzył mu karę 1,5 roku twierdzy. Mający w tej sprawie zastosowanie art. 460 k.k. z 1903 r. za ten rodzaj czynu zabronionego przewidywał zagrożenie karą twierdzy do 3 lat. Zasądzono także powództwo cywilne w sumie na kwotę 50 zł. Po ogłoszeniu wyroku, z uwagi na szczególne okoliczności osobiste, oskarżonego, na poręczenie adw. Śmiarowskiego, pozostawiono na wolności[51].

Po niewiele ponad roku od wydania tego orzeczenia w sprawie tej przyszło orzekać Sądowi Apelacyjnemu w Warszawie, który wyrokiem z dnia 10 (11) maja 1926 r. obniżył karę do 6 miesięcy twierdzy. Tak o tej sprawie pisano wówczas w „Warszawiance”: „Głośna swego czasu sprawa studenta Politechniki Warszawskiej Djonizego Smoleńskiego, lat 22, który dwoma strzałami z rewolweru ranił śmiertelnie swojego przyjaciela Bohgana Gablera, a trzecim strzałem zranił siebie w piersi, znalazła się wczoraj na wokandzie Sądu Apelacyjnego. Obaj młodzieńcy po długim filozofowaniu i wzajemnym podniecaniu się postanowili się zabić. Początkowo miał tego dokonać Gabler, któremu zabrakło odwagi. Obarczył tem zadaniem Smoleńskiego. Sąd pierwszej instancji skazał Smoleńskiego na półtora roku twierdzy. Sąd apelacyjny w uwzględnieniu psychicznych przesłanek i suggestii we dwoje obniżył tę karę do 6-ciu miesięcy[52].

Sprawa ta pozwala powrócić do spornego w doktrynie prawa karnego pytania o przyczyny żądania pozbawienia życia i o powody współczucia, które uzasadniać mają łagodniejszą odpowiedzialność za zabójstwo. Zapadły wyrok stanowi silny argument za tym, że okoliczności, w jakich znalazł się pokrzywdzony, i przyczyny żądania pozbawienia go życia, jak i współczucie, które ma wystąpić po stronie sprawcy i umniejszać jego winę przy zabójstwie, nie muszą sprowadzać się do powodów trwałych, związanych z nieuleczalną chorobą pokrzywdzonego i związanymi z nią ogromnymi cierpieniami.

W tej materii przypomnieć wypada, że już w jednym z przedwojennych wyroków, z trudem odnalezionym w przepastnych bibliotecznych zasobach i pokrytych kurzem zbiorach orzeczeń sądowych, Sąd Najwyższy wprost stwierdzał, że: „Przepis art. 227 k.k. ma niewątpliwie w pierwszym rzędzie na myśli wypadki żądania zabójstwa z powodu cierpień fizycznych, spowodowanych ciężkiem kalectwem, chorobą nieuleczalną lub połączoną z bólami nie do zniesienia, brak jednak jakiejkolwiek podstawy do wyłączania możliwości zastosowania sankcji z tego art. do innych wypadków, raczej zaś przyjąć należy, iż wchodzić tu mogą w grę jakiekolwiek przyczyny, które, gdyby nie brak odpowiedniej siły fizycznej, środków lub odwagi, byłyby zdolne doprowadzić żądającego do samobójstwa. [podkr. M.H.]”[53]. W innym z orzeczeń Sąd Najwyższy z kolei przyjął, że: „O współczuciu, któreby uzasadniało zastosowanie art. 227 k.k. [z 1932 r. – dop. M.H], może być mowa tylko w wypadku, gdy sprawca przekonany jest o tym, że osoba żądająca śmierci cierpi tak silnie, iż ze względu na jej cierpienia śmierć stanowi dla niej raczej dobrodziejstwo i że tylko śmierć może ją od tych cierpień uwolnić[54]. W uzasadnieniu tego orzeczenia – dla wyjaśnienia wątpliwości, które mogłyby zrodzić się na tle tak brzmiącej tezy – wyjaśniono, już w następnym zdaniu po fragmencie stanowiącym przytoczony wyżej pogląd, że „zawód miłosny może wywołać u dotkniętego nim osobnika cierpienia duchowe, zdolne nawet do spowodowania go do targnięcia się na własne życie, nie ulega kwestii[55].

Obecnie sądom powszechnym rzadko przychodzi się zmierzyć z problematyką przestępstwa stypizowanego w art. 150 k.k. Tym rzadziej okoliczności konkretnego czynu wykraczają poza to, co współcześnie w większości rozumie się pod określeniem „eutanazja” jako nazwą rozważanego tu typu czynu zabronionego (zabójstwo eutanatyczne). Stąd z żalem odnotować trzeba, że w sprawie, w której sąd mógł dokonać pogłębionej analizy znamion rozważanego tu występku, ograniczył się w istocie do wypowiedzianego ex cathedra poglądu, że: „Nie można mówić o zabójstwie eutanatycznym wówczas, gdy współczucie wywołane jest cierpieniami psychicznymi człowieka takimi jak straty materialne, wieloletnie kalectwo, zawód miłosny (…)”[56]. Szkoda, gdyż jest to zagadnienie niewątpliwie bardzo istotne, a doktryna prawa karnego nie zajmuje w tej mierze jednolitego stanowiska. Wedle jednych przyczyną żądania może być tylko i wyłącznie cierpienie fizyczne wywołane ciężką nieuleczalną chorobą, względnie ciężkie obrażenia doznane w wypadku[57], wedle innych – powód żądania i przyczyna współczucia nie mają znaczenia, mogą więc być wywołane zawodem miłosnym czy utratą przez pokrzywdzonego bliskiej osoby[58].

Dla porządku odnotować tylko należy, choć nie miejsce to i czas na rozważania naukowe, że piszący te słowa jest zdania, że znamiona przestępstwa zabójstwa na żądanie, stypizowanego w art. 150 k.k., nie dają de lege lata jakichkolwiek podstaw do tego, by zawężać przyczynę żądania i współczucia tylko do ogromnych cierpień fizycznych wynikających z nieuleczalnej choroby. 

 

Zamiast zakończenia…

 

„Warszawianka”[59], wyśmiewając „Kurjera Warszawskiego”, wskazywała, że ten „dość często robi mimowolnie konkurencyę pismom humorystycznym. Opisując kilkakrotnie wypadki zabójstwa, z całą powagą zapewnia, iż «zabójstwo było aktem zemsty». Kiedy zabójstwo bywa aktem przyjaźni lub przebaczenia? Sądzimy, że nigdy, ale widocznie Kurjer jest innego zdania”. Opisana tu sprawa dowodzi, że zabójstwo, choć z litości, może być również aktem przyjaźni (nawet jeżeli nieco opacznie pojmowanej). Niekiedy bywa także aktem miłości...

 

 

** Adiunkt – Katedra Prawa Karnego, Akademia Leona Koźmińskiego; członek Biura Studiów i Analiz, Izba Karna, Sąd Najwyższy.

* Terminu „eutanazja” używam w znaczeniu, jakie przydaje się mu obecnie w języku prawniczym dla określenia przestępstwa stypizowanego w art. 150 k.k., chociaż – z wielu powodów, których wyłuszczanie w niniejszym opracowaniu mijałoby się z celem – bardziej poprawne byłoby posługiwanie się nie formułą „zabójstwo eutanatyczne”, ale „zabójstwo na żądanie” (ewentualnie, z dawniejszych czasów, „zabójstwo z litości”). Jest to jeden z niewielu zresztą przypadków, jeżeli nie jedyny, gdy nazwa typu przestępstwa, zaczerpnięta z języka prawniczego, ale i ogólnego języka polskiego, tak silnie oddziałuje na wykładnię znamion – o czym w końcowej części artykułu. Jak pisał S. Glaser: „Jednem z zagadnień, które się bezpośrednio wiąże z problemem zabójstwa na żądanie, jest tzw. eutanazja. Przez eutanazję rozumie się świadome pozbawienie życia względnie przyspieszenie śmierci osoby ciężko chorej dla wyzwolenia jej z doznawanych cierpień fizycznych” (Zabójstwo na żądanie, Warszawa 1936, s. 58). „Cecha charakterystyczna, odróżniająca eutanazję od zabójstwa na żądanie – jak dodawał S. Glaser – znajduje się nie po stronie podmiotowej, również bowiem w wypadku zabójstwa na żądanie, motywem skłaniającym sprawcę do takiego czynu, może być chęć wybawienia ofiary z męk fizycznych, lecz po stronie przedmiotowej: jest nią brak wyraźnej (t.zn. na zewnątrz wyrażonej) zgody ofiary. Tylko w tym wypadku należy mówić o eutanazji sensu stricto (…); gdyby natomiast przy „eutanazji” zachodziła zgoda ofiary, wówczas miałoby się do czynienia z zwyczajnym wypadkiem zabójstwa na żądanie (względnie za zgodą), dokonanym z litości, a zatem jednym z typowych wypadków [podkr. M.H.], które były przedmiotem poprzednich rozważań” (ibidem, s. 58–59).

 

[PRZYPISY:] 

1 Mowy sądowe. I, Warszawa 1925, s. 40.

[2] J. Kocznur, Eugeniusz Śmiarowski (1878–1932), „Palestra” 1967, nr 3, s. 125; A. Redzik, Śmiarowski Eugeniusz (1878-1932), „Polski Słownik Biograficzny”, t. 51/1, z. 208, Warszawa-Kraków [2016], s. 62-64.

[3] Zob. przedmowę W. Barcikowskiego (w:) K. Rudnicki, Wspomnienia prokuratora, Warszawa 1956, s. 5–18.

[4] L. Kania, Wspomnienie o adwokacie Eugeniuszu Śmiarowskim (1878–1932), „Palestra” 2005, nr 11–12, s. 136–142, W. Barcikowski, Eugeniusz Śmiarowski, „Palestra” 1973, nr 2, s. 43–48, J. Kocznur, Eugeniusz Śmiarowski, „Palestra” 1967, nr 3, s. 122–127.

[5] Z. Krzemiński, Złotousty Stanisław Szurlej, „Palestra” 1985, nr 10, s. 70-76; tegoż, Sławni warszawscy adwokaci, Warszawa 2007, s. 75–84, F. Sadurski, Adwokaci krasomówcy, „Palestra” 1996, nr 11–12, s. 126–127.

[6] Jan Gumiński przed I wojną światową był adwokatem; w 1917 r. wstąpił do służby w sądownictwie, a po II wojnie światowej, w 1945 r. objął stanowisko prokuratora Sądu Najwyższego. Gumiński należał do wartościowych pod wieloma względami pracowników w sądownictwie. „Zdolny, wykształcony, sumienny w pracy, o pogodnym usposobieniu (…), cieszył się uznaniem kolegów i szacunkiem adwokatów” – tak o nim we wspomnieniach o obronach karnych przed sądami karnymi w okresie międzywojennym pisał M. Jarosz, Trzy po trzy. Wspomnienia obron w różnych sprawach karnych: ciekawsze sylwetki sędziów warszawskich w okresie międzywojennym (dokończenie), „Palestra” 1958, nr 12, s. 60.

[7] Wg „Kurjera Warszawskiego” z 14 marca 1925 r., s. 7; natomiast wedle relacji „Robotnika” (z 14 marca 1925 r., s. 3) trzecim w komplecie sędziowskim był sędzia Garbylewski.

[8] Sam miałem okazję dowiedzieć się o tej sprawie jeszcze w okresie studiów, podczas jednego z wykładów z prawa karnego, od ś.p. Pani Profesor Genowefy Rejman, zaś jej szczegóły poznałem dzięki powołanym już Mowom sądowym

[9] Wydanie z 21 października 1923 r.

[10] Wydanie z 24 października 1923 r.

[11] Wydanie z 26 października 1923 r.

[12] Wydanie z 20 listopada 1923 r.

[13] Relacja wydarzeń owego feralnego wtorku (bez bliższego cytowania) oparta jest na opisie zdarzeń poprzedzających mowy oskarżenia i obrony, Mowy sądowe, s. 38–39.

[14] Według różnych relacji imię jednego z dwóch bohaterów tego dramatu zapisywane było jako Bogdan albo Bohdan. Dla ujednolicenia w niniejszym tekście przyjęto drugą z wersji, nawet w wypadku cytatów ze źródeł, w których posłużono się pierwszą z postaci tego imienia.

[15] W różnych, powołanych w tym opracowaniu, źródłach imię to występuje także pod postacią Dyonizy albo Djonizy.

[16] „Dziennik Poznański” z 21 października 1923 r., s. 5.

[17] Najprawdopodobniej chodzi tu o popularną w tamtym okresie restaurację „Bar Express”, mieszczącą się w kamienicy Kryńskiego (budynek, w którym także mieściła się siedziba Głównego Urzędu Statystycznego) przy Al. Jerozolimskich 80 (obecnie 42/56 – http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,97596,1865254.html, [21 października 2017 r.]). Budynek w okresie Powstania Warszawskiego spłonął, a jego ruiny rozebrano ostatecznie pod koniec lat 50-tych XX w. (http://fotopolska.eu/Warszawa/b70846,Kamienica_Krynskiego.html, [21 października 2017 r.]).

[18] Przed Sądem zeznała także, że nie było mowy o zerwaniu narzeczeństwa, więc nie to miało być przyczyną decyzji Gablera – „Robotnik” z 14 marca 1925 r., s. 3. Stwierdziła również: „Kilka dni przed śmiercią widziałam się z narzeczonym i miałam go odprowadzić na dworzec, lecz z braku czasu nie mogłam. Musiał to odczuć” – „Kurjer Warszawski” z 14 marca 1925 r., s.8.

[19] Dostępne źródła nie pozwalają na ustalenie, od którego z młodych studentów wyszła jako pierwsza myśl zakończenia życia.

[20] Początkowo w prasie podawano, że broń przyniósł Smoleński – „Wspólnie obmyślili sposób zadania sobie śmierci. Smoleński oświadczył się za śmiercią od kuli rewolwerowej i w tym celu przyniósł ze sobą rewolwer, który jakoby swego czasu znalazł w jakimś ustępie” („Dziennik Poznański” z 21 października 1923 r., s. 5).

[21] Z mowy prokuratora K. Rudnickiego, Mowy sądowe, s. 40–41.

[22] Jak donosiła prasa („Dziennik Poznański”, wydanie z 21 października 1923 r., s. 5), na jednej z kartek miano napisać: „Wszystko, co zaszło nie należy poczytywać za wypadek: jest to skutek przemyśleń”.

[23] Jak wówczas o nich pisano – „ekspertyza kaligraficzna”, Mowy sądowe, s. 39.

[24] „Robotnik” z 14 marca 1925 r., s. 3.

[25] Wedle różnych źródeł Gabler trącił Smoleńskiego albo przewracając się, albo chcąc mu podziękować za oddany strzał.

[26] Szpital mieścił się w budynku przy ul. Krakowskie Przedmieście 24.

[27] Stopień w ówczesnej Policji Państwowej, odpowiadający wojskowemu stopniowi sierżanta.

[28] Z mowy prokuratora K. Rudnickiego, Mowy sądowe, s. 43.

[29] Ibidem, s. 43–44.

[30] Ibidem, s. 45–46.

[31] S. Umińska była polską młodą (ur. 1901) aktorką teatralną, która jesienią 1923 r. poznała w teatrze Jana Żyznowskiego, malarza, prozaika i krytyka, z którym wkrótce się zaręczyła. J. Żyznowski ciężko chorował na raka wątroby. Wobec jego usilnych próśb i wobec stanu, w jakim się znajdował, S. Umińska w dniu 15 lipca 1924 w paryskim szpitalu spełniła jego prośbę i oddała do niego jeden strzał, zabijając go. Po przeprowadzeniu rozprawy francuski sąd przysięgłych w dniu 7 lutego 1925 uniewinnił ją od zarzutu zabójstwa.

[32] Z mowy prokuratora K. Rudnickiego, Mowy sądowe, s. 45.

[33] Ibidem.

[34] Ibidem, s. 46.

[35] Mowa adwokata E. Śmiarowskiego, Mowy sądowe, s. 49.

[36] Por. mowę adwokata E. Śmiarowskiego, Mowy sądowe, s. 48, a także „Na posterunku. Gazeta Policji Państwowej” z 23 kwietnia 1925 r., s. 11 (zabójstwo stypizowane w art. 458 k.k. z 1903 r. zagrożone było karą do 8 lat ciężkiego więzienia). W czasopiśmie „Robotnik” z 14 marca 1925 r. (s. 4) podano natomiast, że powód cywilny domagał się skazania za zabójstwo.

[37] Z mowy adwokata E. Śmiarowskiego, Mowy sądowe, s. 48–49.

[38] Ibidem, s. 48.

[39] Ibidem, s. 49.

[40] Ibidem, s. 50.

[41] Ibidem, s. 50–51.

[42] Ibidem, s. 53.

[43] Ibidem.

[44] Cytuję za mową adwokata E. Śmiarowskiego, Mowy sądowe, s. 55.

[45] Z mowy adwokata E. Śmiarowskiego, Mowy sądowe, s. 56.

[46] Ibidem, s. 56–57.

[47] Ibidem, s. 58.

[48] K. Rudnicki, Wspomnienia prokuratora, Warszawa 1956, s. 24. Prokurator Rudnicki wysoko cenił osobę i umiejętności E. Śmiarowskiego. Tak pisał o nim w swoich wspomnieniach: „Pamiętam głębokie i mądre obrony Śmiarowskiego, niewątpliwie najlepszego obrońcy z okresu międzywojennego, umiejącego zawsze znaleźć ton właściwy dla sprawy, której bronił. (…) Śmiarowski natomiast umiał zawsze ująć właściwe tło sprawy, dać głęboką analizę sylwetki oskarżonego, motywów przestępstwa, a całość podać w pięknej polszczyźnie. W jego szlachetnym autorstwie nie było nic z fałszywego, nieznośnego patosu i frazesu” (ibidem, s. 23). Zresztą, zapytany kiedyś przez J. Kocznura, które z jego przemówień zamieścić w opracowywanym przez niego „Wyborze mów sądowych”, odpowiedział, że właśnie tę ze sprawy Smoleńskiego. Poradził także J. Kocznurowi, by przytoczyć „wartościową mowę obrończą Eugeniusza Śmiarowskiego z tego samego procesu” – J. Kocznur, Z historii wymowy sądowej w Polsce (1918–1939), „Palestra” 1971, nr 2, s. 6.

[49] „Na posterunku. Gazeta Policji Państwowej” z 23 kwietnia 1925 r., nr 16, s. 12.

[50] „Robotnik”, 14 marca 1925 r., nr 73, s. 4. W innej z gazet („Warszawianka” z 14 marca 1925 r., s. 3) pisano jednak, że wyrok ogłoszono „po dłuższej naradzie”.

[51] „Robotnik” z 14 marca 1925 r., s. 4.

[52] Wspólne samobójstwo, „Warszawianka” z 12 maja 1956 r., s. 4. Różnica w datach wyroku Sądu Apelacyjnego wynika z tego, że w różnych źródłach jest ona inaczej podawana. Z cytowanego artykułu „Warszawianki” wynika, że wyrok miał być wydany w dniu 11 maja 1926 r., podczas gdy z Internetowego Polskiego Słownika Bibliograficznego wynika, że orzeczenie to zapadło dzień wcześniej (www.ipsb.nina.gov.pl, hasło: Dionizy Smoleński [12 października 2017 r.]). Dla porządku wskazać też trzeba, że w powołanym Słowniku Bibliograficznym przestępstwo Smoleńskiego zostało przedstawione „nieco” inaczej: „Dn. 16 X 1923 pojedynek z kolegą ze studiów Bohdanem Gablerem zakończył się śmiercią tego ostatniego; S. próbował wówczas popełnić samobójstwo, lecz odratowano go i został skazany wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie 13 III 1925 na karę półtora roku więzienia [powinno być – karę twierdzy, dop. M.H.; kara (ciężkiego) więzienia była odmienną rodzajowo karą niż kara twierdzy – por. art. 2 pkt 2 i 3 oraz art. 3 Przepisów przechodnich do Kodeksu karnego z dnia 7 sierpnia 1917 r., Dz. Urz. poz. 6], którą Sąd Apelacyjny 10 V 1926 złagodził do pół roku”. Przedstawione w niniejszym artykule mowy obrończe, zrelacjonowane w nich treści zeznań świadków (zwłaszcza Gablera) oraz wyjaśnień oskarżonego, a także pozostawione listy, które zresztą były opisywane także w ówczesnej prasie, nie pozwalają przypuszczać, ażeby Sąd Apelacyjny miał zmienić wyrok, przyjmując, że śmierć Gablerowi zadana została w ramach pojedynku. Treść przytoczonej notatki „Warszawianki” z 1926 r. także nie przemawia za tym, że tej treści rozstrzygnięcie miałoby zapaść w postępowaniu odwoławczym.

[53] Orzeczenie Sądu Najwyższego z dnia 19 stycznia 1933 r., III K 1154/32. W uzasadnieniu Sąd Najwyższy wskazywał: „Z protokółu rozprawy wynika, że aczkolwiek oskarżony istotnie zeznawał o tem, iż strzelił do ś.p. A. K. na skutek wzajemnie powziętego postanowienia, to niemniej z ustępu wyjaśnień oskarżonego: Od tego czasu oskarżony przestał chodzić do denatki, a ona mu oświadczyła: »ponieważ mój ojciec i twój ojciec nie chcą się na nasz związek zgodzić, to zabijmy się razem« da się wysnuć wniosek, iż inicjatywa co do pozbawienia ś.p. A. K. życia wyszła od niej, z dalszych zaś wyjaśnień oskarżonego wynika, iż ś.p. A. K. tę swoją propozycję miała wobec oskarżonego powtarzać, ostatni zaś raz miała wyrazić tę wolę oskarżonemu przed południem tego dnia, w którym oskarżony dokonał czynu, że wreszcie wieczorem tego dnia miała opuścić dom swój i udać się z oskarżonym na drogę, zdając sobie dokładnie sprawę z tego, iż idzie na śmierć. Przytoczone okoliczności uzasadniały postawienie przysięgłym żądanego przez obronę pytania. Jeżeli wyjdzie się z założenia, iż ś.p. A. K. istotnie pierwsza poddała oskarżonemu myśl, by wobec niemożliwości zawarcia przez nich upragnionego związku małżeńskiego zabił ją i siebie, to oświadczenie to ś.p. A. K. może być formalnie rozumiane jako żądanie zabicia jej. Wprawdzie pojęcie żądania w rozumieniu przepisu art. 227 k.k. oznacza zewnętrzne objawienie woli, które zarówno pod względem formy jak i treści świadczy o stanowczej i niewątpliwej chęci poniesienia śmierci przez żądającą osobę, jasnem jest jednak, iż w sprawach sądzonych przez Sąd przysięgłych Trybunał, mając powziąć decyzję co do postawienia pytania ewentualnego, winien ograniczyć się tylko do rozważenia, czy formalnie twierdzono, iż zachodziło żądanie, nie może jednak przesądzać, iż ujawnione w toku przewodu sądowego oświadczenie zabitej osoby było raczej tylko wyrazem zgody ofiary na poniesienie śmierci, niż wystąpieniem z inicjatywą co do dokonania przestępstwa, posiadającem bezsprzecznie charakter żądania, jak również nie może wdawać się w ocenę, czy twierdzone żądanie odpowiadało wymogom ustawy, czy mianowicie było istotnie wyrazem silnej i nieprzymuszonej, a zarazem niewątpliwej i stanowczej woli poniesienia przez żądającego śmierci z ręki osoby, do której żądanie było zwrócone”.

[54] Zob. wyrok Izby Karnej (sek. 2) Sądu Najwyższego z dnia 24 lutego 1936 r., K. 2240/35, „Gazeta Sądowa Warszawska” 1936, nr 39 (z dnia 28 września 1936 r.).

[55] Z dalszych pisemnych motywów wynika, że w sprawie rozpoznawanej przez Sąd Najwyższy oskarżony miał nie być bezwzględnie przekonany o tym, iż „stan rzeczy, wytworzony sprzeciwieniem się rodziców jej i oskarżonego sprawia jej ból nie do zniesienia, lecz jedynie «przedstawiał sobie, że ona tak samo, jak i on nie wyobraża sobie życia bez niego i męczyłaby się tak jak on, gdyby pozostał sam bez niej»”.

[56] Wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi z dnia 6 sierpnia 2013 r., II AKa 118/13, OSA 2014, z. 1, s. 27–38. W dalszej części tezy Sąd Apelacyjny wyraził pogląd, który w całości należy podzielić, a który nie ma znaczenia dla przedstawionego tu zagadnienia, że współczucie, o którym mowa w art. 150 k.k., nie może dotyczyć innej osoby niż pokrzywdzony. Orzeczenie to zostało uchylone w trybie kontroli kasacyjnej wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia 29 października 2014 r., II KK 89/14 (powody wydania wyroku kasatoryjnego nie były jednak związane z ewentualnym naruszeniem prawa materialnego, a wynikały z ustalenia przez Sąd Najwyższy, iż w sprawie zachodziła jedna z bezwzględnych przyczyn odwoławczych – art. 439 § 1 pkt 2 k.p.k.).

[57] M. Siewierski, (w:) J. Bafia, K Mioduski, M. Siewierski, Kodeks karny. Komentarz. Tom 2. Część szczególna, Warszawa 1987, s. 94, J. Wojciechowski, Kodeks karny. Komentarz, Warszawa 2000, s. 259, L. Lernell, Prawo karne, s. 46, W. Gutekunst, (w:) O. Chybiński, W. Gutekunst, W. Świda, Prawo karne, s. 113, W. Świda, Prawo karne, Warszawa 1978, s. 494, I. Andrejew, Prawo karne, Warszawa 1976, s. 359, Z. Huziuk, Przestępstwo eutanazji w kodeksie karnym z 1969 r., NP 1973, s. 1607, M. Tarnawski, Zabójstwa uprzywilejowane w ujęciu polskiego prawa karnego, Poznań 1981, w. 256–259, R. Krajewski, Przestępstwo eutanazji w kodeksie karnym z 1997 r., Prok. i Pr. 2005, nr 2, s. 69, A. Marek, Kodeks karny. Komentarz, Warszawa , s. 377, L. Tyszkiewicz, (w:) M. Filar (red.), Kodeks karny. Komentarz, Warszawa 2012, s. 733–734. Tak również, przynajmniej w części, A. Zoll, (w:) A. Zoll (red.), Kodeks karny. Część ogólna, tom 1, s. 287.

[58] B. Wróblewski, Prawo karne, Wilno 1934, s. 135, M. Cieślak, (w:) I. Andrejew (red.), System prawa karnego. O przestępstwach w szczególności, t. IV, cz. 1, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk–Łódź 1985, s. 384, L. Peiper, Kodeks karny. Komentarz, Lwów 1933, s. 618, P. Góralski, R. Kokot, Uwagi na temat znamion, s. 27, M. Budyn-Kulik, (w:) A. Marek (red.), System prawa karnego. J. Warylewski (red.), Tom 10. Przestępstwa przeciwko dobrom indywidualnym, Warszawa 2012, s. 123, P. Góralski, Prawne i społeczne aspekty eutanazji, Kraków 2008, s. 240–242, J. Giezek, (w:) Kodeks karny. Część szczególna. Komentarz, Warszawa 2014, s. 191.

[59] 1906 r. nr 13, s. 2.

 



 

Copyrights © 2016 - PALESTRA